Najdziwniejsze norweskie produkty spożywcze
Norwegia słynie z fiordów, wikingów i widoków, które zapierają dech w piersiach. Ale norweska kuchnia? To zupełnie inny tematł. Jeśli myślisz, że polski smalec czy czernina to kulinarne ekstremum, czas poznać norweskie specjały – niektóre smaczne, inne… wymagające otwartego umysłu.
Brunost – ser, który smakuje jak krówka

Brunost (dosłownie „brązowy ser”) to prawdopodobnie jedyny ser na świecie o smaku toffi. Powstaje z serwatki mleka koziego i krowiego – podczas gotowania cukry ulegają karmelizacji, nadając mu charakterystyczny słodkawy posmak.
Jak to się je? Cieniutkie plastry brunostu lądują na kanapkach, chrupkim pieczywie, a nawet na gofrach z dżemem i kwaśną śmietaną. Co odważniejsi dodają go do sosów mięsnych. Dla kogoś nieprzyzwyczajonego smak może być zaskakujący, ale Norwegowie pochłaniają kilkanaście ton tego sera rocznie. Widocznie połączenie słodkiego i serowego ma sens – przynajmniej na północy.
Lutefisk – ryba z ługu

Jeśli wigilijny karp wydaje Ci się nieatrakcyjny, poznaj lutefisk. Ten bożonarodzeniowy klasyk powstaje z suszonego dorsza, którego przez kilka dni moczy się w wodzie, następnie zanurza w żrącym wodorotlenku sodu (tak, w tym robi się mydło), po czym znów płucze w wodzie.
Efekt? Galaretowata, półprzezroczysta ryba o zapachu, który budzi skrajne emocje. Jeden z opisów lutefiska mówi, że wygląda jak „ryba, która zbyt długo leżała w wodzie”. Norwegowie podają go z groszkiem, boczkiem i ziemniakami. Ciekawostka: resztki ługu reagują ze srebrem, więc rodowe sztućce lepiej schować. Większość Norwegów je lutefisk raz w roku – na święta – i to w zupełności wystarczy.
Rakfisk – fermentowany pstrąg dla odważnych

Rakfisk to tradycyjny jesienny przysmak: świeżego pstrąga filetuje się, soli, zamyka w beczce i zostawia na 2-3 miesiące do fermentacji. Co odważniejsi fermentują rybę nawet przez rok.
Efekt końcowy to surowa ryba o intensywnym aromacie, którą podaje się bez obróbki termicznej – prosto z beczki na talerz. Serwuje się ją tradycyjnie z lefse (plackiem ziemniaczanym), cebulką i śmietaną. W miasteczku Fagernes co roku odbywa się festiwal rakfiska, gdzie znikają tony tej ryby. Jedni kochają, drudzy… trzymają się z daleka. W Polsce fermentuje się kapustę i ogórki, Norwegowie fermentują ryby. Każdy ma swoje tradycje.
Pinnekjøtt – suszone żeberka zamiast karpia

Kiedy w Polsce na święta króluje karp, wielu Norwegów wybiera pinnekjøtt – suszone, solone żeberka baranie gotowane na parze. Przed gotowaniem te żeberka wisiały tygodniami na mroźnym strychu.
To klasyk szczególnie popularny na zachodzie i północy Norwegii. Suszone żeberka moczy się kilka godzin w wodzie, a następnie gotuje na parze nad gałązkami brzozy (stąd nazwa – pinnekjøtt oznacza „mięso z patyków”). Podaje się je z puree z brukwi, ziemniakami i solidną dawką akvavitu dla rozgrzewki. Dla Polaka przyzwyczajonego do wędzonych szynek sama koncepcja nie jest szokująca, ale sposób podania – całe półmiski żeberek do obgryzania przy świątecznym stole – robi wrażenie. Przynajmniej nie ma ości.
Mięso z wieloryba – tak, naprawdę

W Norwegii można kupić stek z wieloryba w zwykłym markecie. W sezonie (głównie latem) na półkach pojawiają się pakowane porcje mięsa wielorybiego – bywa na promocji za około 60 NOK za 200 g (ok. 27 zł).
Dla wielu turystów widok wielorybiego steku to spory szok. Norwegowie mają jednak tradycję połowu małych wielorybów (finwal karłowaty) i traktują je jako dziczyznę. Mięso jest ciemnoczerwone, w smaku przypomina wołowinę z lekką rybną nutą. Nie jest to codzienny obiad, ale spróbować można. U nas je się kaszankę i flaki, u nich nawet wieloryba – co kraj, to obyczaj.
Kaviar w tubce – pasta rybna do wyciskania

Norweskie sklepy udowadniają, że wszystko da się sprzedać w tubce. Kaviar to słony krem z ikry dorsza, oleju i przypraw, wyciskany na chleb jak… no właśnie, jak pasta do zębów.
Brzmi osobliwie, ale Norwegowie to uwielbiają. Poza kawiorem w tubkach znajdziesz też sery o różnych smakach i makrelę w pomidorach. Zaleta? Wygoda – nic się nie wyleje, a kanapka gotowa w minutę. Dla kogoś przyzwyczajonego do konserw rybnych i pasztetów w puszce, jedzenie prosto z tubki może wyglądać dziwnie. Ale praktyczność wygrywa z konwenansami.
Lukrecja – czarne słodycze wszędzie

Jeśli lubisz słodycze, norweskie półki mogą Cię zaskoczyć dominującym kolorem: czarnym. Lukrecja to ulubiony smak Skandynawii – czarne żelki i cukierki są dosłownie wszędzie.
Ale to nie koniec. W Norwegii znajdziesz też lody lukrecjowe (wyglądające jak gałki węgla), czekoladę z lukrecją, lukrecjowe gumy do żucia i pastylki anyżkowe. Smak lukrecji jest specyficzny – jednocześnie słodki, ziołowy i słonawy, często kojarzący się z syropem na kaszel. Wielu Polaków krzywi się już po pierwszym kęsie. Norwegowie za to zajadają z pasją. Lukrecję albo się kocha, albo nie – nie ma pośredniej drogi.
Julebrus – świąteczna oranżada

Na koniec coś lżejszego. Julebrus to norweska oranżada bożonarodzeniowa – kultowy napój bezalkoholowy, na który Norwegowie czekają cały rok.
Występuje w dwóch głównych wariantach: czerwony (smak malinowo-porzeczkowy) i złocisto-brązowy (coś między karmelem a colą). Co roku trwa dyskusja, która wersja jest lepsza. Julebrus pojawia się w sprzedaży od połowy października i znika po Nowym Roku. Norwegowie potrafią go wypić imponujące ilości – w samym październiku stanowi około 6,5% sprzedaży napojów gazowanych, a przed świętami skacze do 30%. Rocznie produkuje się około 21 milionów litrów przy 5-milionowej populacji. Dla Polaka to bardzo słodka oranżada o aromacie landrynek, ale klimat świąt robi swoje.
