Janteloven
Wyobraź sobie, że awansowałeś. Albo zdałeś egzamin, na który wszyscy machali ręką. Albo – uwaga, bo to już naprawdę bezczelne – wspomniałeś przy kawie, że ostatnio idzie ci całkiem nieźle. I zamiast usłyszeć „gratulacje”, czujesz na plecach to spojrzenie. Chłodne, lekko zdziwione, pytające „Za kogo ty się właściwie masz?”
Witaj. Właśnie z bliska poznałeś janteloven.
Brzmi jak tytuł skandynawskiego albumu blackmetalowego, a to po prostu prawo Jante – zestaw dziesięciu niepisanych przykazań (ale w sumie to spisanych), które od dekad kształtują to, jak Skandynawowie myślą o sobie nawzajem. A konkretniej: jak skutecznie odbierają człowiekowi ochotę, żeby wystawać ponad tłum.
Skąd w ogóle wzięło się janteloven
Słowo wymyślił duńsko-norweski pisarz Aksel Sandemose w powieści z 1933 roku („Uciekinier przecina swój ślad”). Akcja toczy się w fikcyjnym miasteczku Jante – wzorowanym na rodzinnej dziurze autora – gdzie mieszkańcy bardzo dokładniepilnują, żeby nikomu przypadkiem nie odbiło, że jest kimś. Sandemose, co ważne, niczego nie wynalazł – on to tylko nazwał. Mentalność istniała długo przed nim.
Dziesięć przykazań: siadaj, kolego
A przykazania idą mniej więcej tak: nie myśl, że jesteś kimś. Nie myśl, że jesteś tyle samo wart co my (a broń Boże więcej). Nie myśl, że jesteś mądrzejszy, lepszy ani ważniejszy. Nie myśl, że wiesz więcej. Nie myśl, że się do czegokolwiek nadajesz. Nie śmiej się z nas. I – to moja ulubiona – nie myśl, że komukolwiek na tobie zależy.
Janteloven ma też drugą, sympatyczną twarz
Brzmi jak przepis na zbiorową depresję? Spokojnie, bo to samo prawo, które każe ci nie zadzierać nosa, sprawia, że w Norwegii prezes funduszu i facet od śmieciarki gadają w saunie jak równy z równym. Że nikt nie obnosi się z forsą. Że zaufanie społeczne jest tak wysokie, że ludzie zostawiają wózki z dziećmi przed kawiarnią. Egalitaryzm w pakiecie z poczuciem, że nikt nie jest od ciebie lepszy ani gorszy.
Czy janteloven jeszcze działa? (Spoiler: tak)
No ale koniec końców coś za coś. Współcześnie janteloven dostaje solidny łomot, i to nie bez powodu. Trudno świętować sukces w kraju, gdzie ambicja pachnie podejrzanie. Trudno się wybić, gdy samo „wybijanie się” to towarzyski nietakt. Młodsze pokolenie, wychowane na Instagramie (medium zbudowanym dokładnie na łamaniu wszystkich dziesięciu przykazań naraz), patrzy na to coraz bardziej krzywo. Toczą się debaty, lecą felietony, co rusz ktoś ogłasza, że janteloven właśnie umarło.
Tyle że nie umarło. Ono ciągle istnieje. Chociażby w tym, jak Norweg odruchowo bagatelizuje własne osiągnięcia. W tym dyskretnym dyskomforcie, gdy ktoś mówi o sobie odrobinę za dobrze. I może, odkładając żarty na bok, jest w tym coś cicho przyzwoitego. Kultura, która z uporem powtarza, że nikt nie stoi nad nikim, potrafi człowieka uwierać. Ale potrafi też zbudować świat, w którym nie musisz nikomu udowadniać, że jesteś coś wart. Bo z założenia już jesteś. Dokładnie tak samo jak wszyscy inni.
I to jest, paradoksalnie, najbardziej janteloven zdanie, jakie dziś napisałam.
